Zrekrutowałem samego siebie z początków kariery. Odpadłem w screeningu. Ćwiczenie, które miało być żartem, pokazało mi coś gorszego: filtr, który kiedyś wpuszczał do zawodu właściwych ludzi, zniknął. A nic go nie zastąpiło.

Zrekrutowałem samego siebie z początków kariery. Odpadłem w screeningu. Ćwiczenie, które miało być żartem, zostawiło mi pytanie, na które branża nie ma dziś dobrej odpowiedzi.
Kilka dni temu napisałem, że mojej ścieżki kariery już nie ma. Zaczynałem od zleceń, których nikt nie chciał: dodaj zdjęcia na stronę, wrzuć wpis do aktualności, klientowi skończyła się quota na mailu.
Od tamtej publikacji nie dawała mi spokoju jedna myśl. Skoro tamta droga nie istnieje, to co dokładnie straciliśmy razem z nią?
Postanowiłem to sprawdzić w najprostszy możliwy sposób.
Usiadłem po drugiej stronie stołu i zrekrutowałem samego siebie z początków kariery. Tego Marcina z pierwszej pracy. Kandydata na stanowisko junior frontend developer, rok 2026.
Zacznijmy od dokumentów.
CV: jedna pozycja, obsługa klienta i drobne poprawki na stronach WWW. Żadnej technologii z ogłoszenia. Żadnego frameworka.
Portfolio: brak. GitHub: brak. Projekty poboczne: brak.
Umiejętności do zweryfikowania: dodawanie zdjęć do CMS-a, publikowanie wpisów w aktualnościach, zwiększanie quoty na skrzynce pocztowej.
Teraz otwórzmy dowolne ogłoszenie na juniora z tego roku. React albo Next.js, TypeScript, znajomość Gita, mile widziane własne projekty, link do portfolio obowiązkowy.
Wynik jest oczywisty. Odpadam.
Nie na rozmowie technicznej. Nie na zadaniu domowym. Na pierwszym sicie, zanim ktokolwiek zdąży ze mną porozmawiać.
Przez chwilę można się z tego pośmiać. Kiedyś było łatwiej wejść do zawodu, prawda? Tylko że to nieprawda. Nie było łatwiej. Było inaczej trudno. I ta różnica jest sednem całej sprawy.
Tamten chłopak nie miał w CV nic. Miał za to jedną cechę, której żaden dokument nigdy nie pokazywał.
Nie bał się grzebać w cudzej, działającej produkcji. A jak coś zepsuł (a psuł), to siedział nad tym, aż zrozumiał dlaczego. Nie dlatego, że ktoś kazał. Dlatego, że nie umiał inaczej.
Wszystko, co umiem dziś, wyrosło z tego jednego nawyku. Nie z frameworków, bo te zmieniały się co kilka lat. Nie z konkretnych technologii, bo większości z nich już nie używam. Z nawyku niedopuszczania do sytuacji, w której coś działa, a ja nie wiem dlaczego.
I tu dochodzimy do rzeczy, którą zrozumiałem dopiero podczas tego eksperymentu.
Stara ścieżka wejścia do zawodu była przypadkowym filtrem dokładnie na tę cechę.
Nudna, ręczna robota odsiewała ludzi, którzy nie chcieli rozumieć. Cięcie templatek, przepisywanie kodu między frameworkami, naprawianie cudzych stron. Nie dało się tego przetrwać na skrótach, bo skrótów nie było. Jedyny sposób, żeby przestać się męczyć, to zrozumieć, co się robi.
Nikt tego filtra nie zaprojektował. Nikt go nie opisał w żadnym procesie rekrutacyjnym. Działał jako efekt uboczny tego, jak wyglądała praca.
Dlatego nikt nie zauważył, kiedy zniknął.
Dzisiejszy kandydat na juniora przychodzi z portfolio, którego ja bym wtedy nie zbudował przez rok. Trzy aplikacje w Next.js. Deployment na Vercelu. Testy. Ładny README z badge'ami.
Dziesięć lat temu takie portfolio niosło informację. Mówiło: ta osoba spędziła nad tym setki godzin, przebiła się przez dokumentację, utknęła i się odkleiła, postawiła środowisko od zera. Sam artefakt był dowodem procesu.
Dziś ten sam artefakt to wynik jednej sesji z agentem.
Nie piszę tego, żeby uderzać w dzisiejszych juniorów. Część z nich naprawdę przeszła przez ten proces i naprawdę rozumie swój kod. Problem w tym, że patrząc na portfolio, nie da się już odróżnić jednych od drugich. Artefakt wygląda identycznie.
W poprzednim tekście pisałem, że review to infrastruktura, której nikt nie przebudował po wdrożeniu AI. Generowanie kodu stało się tanie, weryfikacja została droga, a różnicę zapłacili ludzie odpowiedzialni za jakość.
Rekrutacja juniorów to ten sam mechanizm, tylko piętro wyżej.
Wyprodukowanie sygnału "umiem programować" stało się tanie. Sprawdzenie, czy za tym sygnałem stoi zrozumienie, pozostało drogie. A procesy rekrutacyjne nadal mierzą to, co tanie: repozytoria, projekty, listę technologii.
Filtrujemy po artefaktach z epoki, w której artefakty coś znaczyły.
Stary, przypadkowy filtr zniknął razem ze starą ścieżką. Nowego nikt nie zbudował. Została dziura, przez którą w obie strony przechodzą niewłaściwi ludzie. Wpadają kandydaci z imponującym, wygenerowanym portfolio i zerową potrzebą rozumienia. Wypadają dzisiejsze wersje tamtego chłopaka od zdjęć i quoty.
Nie rekrutuję juniorów. Nie mam gotowego procesu do pokazania i nie zamierzam udawać, że mam.
Mam za to hipotezę. Gdybym miał kiedyś zatrudnić juniora, przestałbym patrzeć na to, co zbudował. Zacząłbym szukać śladów tego, jak reaguje na niezrozumienie. Bo właśnie tę cechę stary filtr łapał przypadkiem.
Trzy sygnały, które moim zdaniem przetrwały zmianę epoki:
Hipoteza przed promptem. Kod z błędem na stole i jedno pytanie: co się tu dzieje? Nie interesuje mnie, czy kandydat znajdzie błąd. Interesuje mnie, co robi w pierwszych dwóch minutach, zanim sięgnie po AI. Czy stawia własną hipotezę i próbuje ją sprawdzić, czy od razu deleguje myślenie.
"Dlaczego to działa" na własnym kodzie. Losowy fragment z portfolio kandydata i prośba o wyjaśnienie linijka po linijce. Nie po to, żeby złapać kogoś na używaniu AI, bo używanie AI jest w porządku. Po to, żeby sprawdzić, czy kod, który firmuje własnym nazwiskiem, przeszedł przez jego głowę.
Historia zepsucia. Opowiedz mi o sytuacji, w której coś położyłeś. Kandydat, który nigdy niczego nie zepsuł, niczego jeszcze nie dotknął. Kandydat, który zepsuł i opowiada, czego się dzięki temu dowiedział o systemie, ma dokładnie ten nawyk, którego szukam.
Zauważcie, że żaden z tych sygnałów nie mierzy wiedzy. Wiedzę AI zrównało. Wszystkie trzy mierzą to samo: czy między "działa" a "rozumiem, dlaczego działa" ta osoba czuje dyskomfort.
Tamten chłopak od zdjęć i quoty nie przeszedłby dzisiejszego screeningu. Ale te trzy próby przeszedłby bez przygotowania. Bo one nie sprawdzają, gdzie jesteś na drodze.
Sprawdzają, czy w ogóle nią idziesz.
Nie wiem, jak przeskalować te trzy sygnały na proces, który obsłuży trzysta CV na jedno stanowisko. Uczciwie: nie wiem. Możliwe, że się nie da i że screening oparty na artefaktach zostanie z nami, coraz bardziej ślepy.
Wiem za to, co ten eksperyment mówi o koszcie.
Cena wejścia do zawodu nie spadła do zera. Zmieniła walutę: z godzin nudnej roboty na samodyscyplinę rozumienia. Problem w tym, że rekrutacja nadal wycenia kandydatów w starej walucie. Liczy artefakty, które można dziś wygenerować, i nie widzi cechy, której wygenerować się nie da.
Dzisiejszy ja nie zatrudniłby ówczesnego mnie. I dopóki nie powstanie filtr, który zastąpi ten utracony, będziemy odrzucać ludzi, na których kiedyś stanęła cała ta branża.
Nie wiem, jak dzisiejsze procesy miałyby wyłapać tamtego chłopaka.
Wiem, że każdy zespół, do którego nie trafi, na tym straci.
Czy ten wpis był pomocny?